czwartek, 25 czerwca 2020

Małe wędrówki (fragm.)

Autor: Marian Kołodziej

Dankirk przybył do Północnego Brodu wczesnym popołudniem, czego od razu pożałował. Rzeka ludzi porwała go wprost pod czujną straż pana miasta. Mężczyznę męczył fakt braku rozeznania co do panujących za murami nastrojów.
     Teraz to nie miało znaczenia, pomyślał i podał urzędnikowi swój glejt, a ten w zamian kazał dwóm przybocznym przeszukać torbę Dankirka. Sam więcej uwagi poświęcił temu jak wyglądał przybysz niż trzymanemu w ręce kawałkowi pergaminu.
      Dankirk zganił się w myślach za niefrasobliwy poranek i poszukiwanie dogodnej przeprawy przez rzekę. Za podartą, pustą torbę, która świadczyła o nim lepiej niż glejt: był włóczęgą i nie posiadał żadnego ważnego interesu w Północnym Brodzie. Mogli odmówić mu wejścia już na podstawie tych dwóch powodów. Nosił się nadal po tawitańsku, z wysokim kołnierzem i długimi rękawami. Spodnie kończyły się na łydce. Bose stopy nie pomagały. Nawet mijający go chłopi w schludnych białych koszulach i zawiązanych sznurem portkach z samodziału przypatrywali mu się podejrzliwie. I wtedy sobie przypomniał.
  — Dziś Święte Targi? — zapytał urzędnika, który rozdarł glejt.
— Długo wędrujesz?
— Straciłem rachubę. Z Pawilonu wyszedłem na Ostatki.
— Czyli długo. Tędy nie wejdziesz. — wskazał głową na zachód. — Spróbuj na Bramie Żebraczej. Glejt stracił ważność i w innym czasie znalazłbyś się w miejskim areszcie za to, że nadal się nim posługujesz. Teraz jednak cele mają pozostać puste.
— A jeśli ktoś sprawia kłopoty?
Urzędnik wskazał palcem na ścianę lasu.
  Dankirk z początku nie wiedział o co chodzi. Zmrużył oczy i wtedy ujrzał między drzewami rząd pali wbitych w ziemię, a na nich ciała otoczone przez kruki.
— Będziesz sprawiał kłopoty? — zapytał urzędnik.
— Nie — skłamał Dankirk.

poniedziałek, 30 marca 2020

Śniło mi się, że w puszce po kawie...




Śniło mi się, że w puszce po kawie wybuchł bunt.
Gorzka w smaku, czerwona i gęsta jak kisiel, zmieniła moje nogi w galaretę i przegrałem wyścig w biegu na 100m.

niedziela, 29 marca 2020

Przeźrocza (fragm. antologii Jelenie na dachu)

Obok stołu warsztatowego zepsuta lodówka zakrywała dziurę w ścianie garażu. Ojciec postawił ją z sąsiadem nad włazem szamba. Nie było szansy, żeby kiedykolwiek ponownie spełniała swoją fabryczną funkcję. Stała się nową szafką na sprzęty i narzędzia. Na śrubki, wkręty, nakładki i tym podobne. I szybko rdzewiała.
Kiedyś przez dziurę można było patrzeć do garażu i straszyć myszy na półkach ze smarami i farbami. Kiedy stało się to niemożliwe naszymi ofiarami stały się zielone i brązowe pająki z tłustymi odwłokami. Karmiliśmy je muchami złapanymi w domu, lecz nie tymi znalezionymi na lepach, bo często były wysuszone i zatrute. Nam chodziło zawsze o otumanione przejedzeniem z rozsypanego cukru, rozlanego oleju na blatach czy ludzkiego potu na skórze. Wrzucane na sieć walczyły, sprowadzając pająka i oboje lądowali w ciągu chwili w słoiku. Śniło mi się kiedyś, że sam tak wpadam do słoika. Ręce kosmosu zakręciły nakrętkę, a ja powoli dusiłem się ze strachu, bo właśnie z tym miałem umrzeć: ze strachem, który nigdy nie znajdzie ujścia.


piątek, 16 sierpnia 2019

Rift p1.

Cuchnący zapach, skąd? Czy to on go wydziela, czy któreś z ciał z wyłamanych trumien? Wciągnął powietrze, powąchał kurtę pod pachą, ale to dźwięki rzężenia i ostry kwik cierpienia naprowadził go na źródło. Pośpieszył przez mgłę cmentarną, przeskakując dwa pierwsze groby i powalony pomnik. Wystające z ziemi ręce zsuwały się po wysokich butach, zostawiając ślady, mnóstwo śladów szponiastych paznokci i przynależnej nieumarłym desperacji.
Odgłosy walki dochodziły z szopy w rogu nekropolii. Kilka żywych trupów pochylało się nad dogorywającym koniem. Inne, z wciąż parującymi wnętrznościami zwierzęcia, dobijały się do drzwi. Głód umrzyka nie znał granic.
Ściągnął strzelbę z pleców i załadował. Po chwili uznał, że nie wystarczy naboi, pas zostawił z księgą odczyniania w wozie przy bramie. Naliczył przeciwników: dwanaście głów. Nijak nie zdoła ich porozbijać pięcioma nabojami.
Chyba, że ustawią się w rządku, zachichotał głos z wnętrza głowy. Pluwik nawet po śmierci radził mu nierzetelnie.
Poklepał kieszeń na piersi, zabrzęczał metal. Oparł strzelbę o zgięty łokieć i wyciągnął parę kastetów zakończonych srebrnymi podkowami. Podczas polowania na wampiry przynosiły mu szczęście, czy teraz będzie podobnie?
Zobaczymy, szepnął Pluwik, zobaczymy.

/. GR

niedziela, 28 października 2018

Intryga I Huk Strzelby – Tajemnica Pobytu W El Royale [RECENZJA]

Intryga I Huk Strzelby – Tajemnica Pobytu W El Royale

Część przyjemności czerpanej z oglądania filmu wiąże się ze sposobem prezentacji opowiadania. Przyjemnie jest obejrzeć klasyczną historię, gdzie bohater odbywa linearną podróż, a po kilku trudnościach pokonuje przeciwnika i zdobywa nagrodę. Jeszcze lepiej jednak, gdy twórca przejawia ambicję rozwijania podwójnej gry, w której uczestniczą bohaterowie oraz widz. Drew Goddard, reżyserując Źle się dzieje w El Royale, osiągnął jedno i drugie stawiając na zręcznie prowadzoną intrygę, huk strzelby i estetykę noir.

Całość do przeczytania tutaj:

http://mfcinerama.pl/intryga-huk-strzelby-tajemnica-pobytu-el-royale/

Nina – Kino Doświadczane Zmysłami (reż. Olga Chajdas) [Recenzja]

Nina – Kino Doświadczane Zmysłami [Recenzja]

Zupełnie przypadkowo trafiłem na film Nina. Dyskusyjny Klub  Filmowy Miłość Blondynki firmował go wytartym już hasłem „dobre, bo polskie”. Ba, koło plakatu przechodziłem kilka razy i nie odczuwałem specjalnej ochoty, by pójść na seans. Stało się jednak inaczej. I jestem wdzięczny za to znajomym z zespołu redakcyjnego MF Cinerama, jak i samym organizatorom. Gdyby nie oni, ominęłaby mnie feeria zmysłów.
Całość do przeczytania tutaj:

http://mfcinerama.pl/nina-kino-doswiadczane-zmyslami-recenzja/

piątek, 9 czerwca 2017

Nadpadaczka.

https://pl.pinterest.com/pin/842806517735775551/


Szczyt głowy Kamila przypominał guzowaty kamień. Macał, pocierał go nerwowo, martwiąc się, że popełnił być może o jedną pomyłkę za dużo. Zderzały się w nim strach i parcie na wolność. Po raz pierwszy nie czuł zmęczenia. Uciekał wzrokiem od chmurnej twarzy szefa, lecz gdy ten wreszcie skończył czytać zawartość trzymanej kartki, spojrzał na parking za oknem i westchnął. Kamil poczuł ulgę. Kolejny most spalony. Uczucie ciężkości opuściło jego czaszkę, pozostawiając po sobie nikłe pulsowanie. Przełknął gęstą ślinę, wstał i bez słowa opuścił biuro. Na korytarzu rozpiął górne guziki białej koszuli i wyrzucił do kosza plakietkę, nie poświęcając startemu nazwisku nawet chwili uwagi. Gdy opuścił budynek, stanął na środku chodnika.
Zaskoczyła go pustka, brak powiązań i kotwic między nim i światem. Uświadomił sobie jednocześnie, że wolność nie dawała spodziewanej lekkości, objawiała się raczej jako uczucie dyskomfortu noszenia przepoconej bielizny.
Zdawało mu się, że widzi linie wchodzące i wychodzące z ludzi, znikały gdzieś za załomami budynków, zakrętami i wzniesieniami, po której wytyczono pasy ruchu. Z trudem oparł się pokusie podążania bezpiecznymi torami, które dawno temu wyznaczyła natura lub ktoś inny. Niektóre z linii mógł ścisnąć w dłoni i zerwać. Chciał to zrobić, ale uznał, że jeszcze nie pora.
Wkroczył na ulicę pod pędzące samochody, te unikały go, jakby sama śmierć chciała mu udowodnić, że na każdego przyjdzie czas, a jego jeszcze nie nadszedł. Czerpał siłę z pozostawionych za sobą dźwięków, trzasku ocierających się karoserii, tłuczonego szkła. Czuł się niezniszczalny. Rozpaczliwe krzyki ludzi pchały go wbrew kierunkom i celom, nawet grawitacja zelżała. Odnosił wrażenie, że obok panoszącego się w jego organach zniszczenia, rosła w nim nowa egzystencja. Podobała mu się ta wizja.
Zniknął w cieniu między budynkami. Postanowił nie pierwszy raz, że jego prywatna apokalipsa wydrze światu spokój.

środa, 24 maja 2017

Wiersz

Do oczodołu przykleiło się oko,
Spojrzeniem kręci się za sroką,
Powiadają, że figi liść strzeże
Tajemnic po tej stronie istnienia,
Ale mnie ta bajka nie nabierze
Rękę kusi pocałunek płomienia.
W głębi gęby szczękają zęby
Znikają sroki, wkręty i wstręty.

poniedziałek, 22 maja 2017

Porozmawiajmy o pisaniu jak o seksie.

Pisanie jest seksowne. Przyciąga mnie do siebie, pozwala na dużo więcej niż sobie wyobrażałem.
https://pl.pinterest.com/pin/353321533248481866/
Czasami jednak coś mnie przejmie-opęta, nadchodzi jakaś "krotochwila" i zamiast pisać, staję się jakościowo nocną wcale niepiszącą marką.

Przede wszystkim porozmawiajmy o niepisaniu. Dlaczego?

Nie mam czasu? Pojawiają się te "rzeczy" różnej maści i pochodzenia, klasyfikowane jako "must have i must be"; słodycze dla uwagi, tuczące koncentrację, aż sam nie poznaję własnych myśli. Moja myśl, czy myśl telewizji, internetu lub ajfona?
Odmawiam podania sobie zmiany, leku na przypadłość frustracji niepisania. Nie jest to świadoma decyzja, raczej równolegle dziejący się świat, z którym dzielę pępowinę na dalsze życie, bo gdzieś chowam znamienną plakietkę z informacją o ignorancji nieczynienia pożytku z czasu jaki został mi na świecie. 
Kiedy aplikuję wreszcie zmianę, zmieniam się i ja, przecinam komfort nieświadomości i bezruchu wyobraźni. docieram stopy (długopis, klawiaturę) aż przed oblicza postaci swoich opowieści. Czekały na mnie.

https://pl.pinterest.com
Szukam inspiracji. Nie ma. Czyli koniec.
Czekaj, a co z bodźcami? Bocznymi uliczkami jak bodźcami, kieruję kroki ku inspiracji jak stacji przesiadkowej, skąd pojadę dalej. Po to idzie się na stację, żeby wędrować szybciej i lepiej. Wtedy światło reflektora zapala na jaskrawo ruchy, gesty, mimikę, słowa, zdania i interakcje. Wszystko to zasysa emocje i jestem bliższy stworzenia treści tekstu.
Dlatego gdzieś idę, coś robię, z kimś rozmawiam, coś czytam lub słucham. Wszystko jest bodźcem, od którego płonę pomysłami i słowami. Zwłaszcza emocje.







Siadam-piszę? Jeszcze nie teraz.

Znamiennymi zdaniami z kursów pisarstwa były dla mnie wskazówki dotarcia do mechanizmu, działającego w każdym, kto pisze: dlaczego jestem pisarzem.
Po pierwsze, pisanie jest sposobem komunikacji. Szukasz kontaktu, uwagi i uzewnętrznienia.
Po drugie, wszyscy są nieodkrytymi egotykami, ze zderzającymi się w punkcie ciężkości siłami tego, że "chcę" i tego "czy potrafię".

Gdybym założył lepiej prowadzonego bloga, nazwałbym go Antynygus na cześć Antygon tego świata, żeby pamiętano o dylematach życiowych nie jak o łatwych wyborach tchórza czy niekonsekwentnych decyzjach zapadłych instant-bez czytania umów i ludzkich mikroekspresji, zdradzających prawdziwe intencje i atencje. Antynygus to współczesny dylemaciarz, antyskrupulatny skorupiak z miękkim wnętrzem i pozbawiony kręgosłupa, pozorujący życie poprzez akty pazernego pasożytnictwa.
Gdybym tylko miał w sobie zacięcie do tworzenia takich słów jakich czasami mi brakuje na opisanie charakterów, założyłbym bloga i starałbym się poprawiać karykatury robiąc witraże z luster za pomocą palnika i śliny.
No, ale jest niedziela i Antynygus jeszcze się nie stworzył. Za mało mojego w tym pomyśle oburzenia, a więcej zmęczenia próbą zrozumienia.

Zdecyduj, że piszesz, siadaj i pisz. Niech zadziała szok.

https://pl.pinterest.com/pin/282319470371282171/
Twoja pasja nie jest oszustwem. Czasami odtwarzasz już znane historie, jesteś jak malarz reprodukcji, ale wciąż i nadal możesz być mistrzem swojego tworzenia, bo Ciebie jeszcze nie było i nie było tego, co piszesz ani jak piszesz.
Pisanie i niepisanie to nie fazy księżyca, to nie miesiące przeskakujące na knykciach, to konstrukt zaparcia się o zmianę pomysłu w zapis. Oparcia o to co zapisane, bo wtedy zaistnieje.
Lubię słowotwórstwo, lubię tworzyć i uwielbiam pisać, rozmawiać o pisaniu, obracać się wśród ludzi o podobnej pasji.
Czasami widzę w sobie i w innych "wenarośle": czytanie, rozmowy, oglądanie. Wena porasta życia tych ludzi. Wiedzą, że interakcja to najlepsza inspiracja i bodziec.
Czasami widzę też winarośle; obwieszanie winy, za to, że jeszcze nie jest się dość dobrym dla swojej twórczości. Mam dobry pomysł, ale nie czuję się dobry w stylu czy warsztacie. 


Jesteś dobry/a, znasz wszystkie litery, znasz miejsca w swojej duszy, które pragną zadzierzgnięcia do wyzwania, do przekroczenia bariery wnętrze-zewnętrze.

Pora coś napisać.

Seksownych słów i wielu inspiracji!

niedziela, 14 maja 2017

W razie awarii, szybka randka. ODC.1

So fairytale romantic.
https://pl.pinterest.com/pin/305189312220356509/


Kiedy zabrzmiał dzwonek, ostatni tego wieczoru, wstałem i pożegnałem się z … sam nie pamiętam jej imienia. Dziwne, ale przez pięć minut dowiedziałem się, że bada dno morza bałtyckiego i lubi czytać kryminały Nesbo, ale informacja o imieniu wypadła mi z głowy. Tak to jest z imionami; kiedy nie obracasz go w głowie jak coś istotnego, stacza się z uwagi jak kula z piedestału przy najmniejszym podmuchu zainteresowania czymś lub kimś innym. A teraz zainteresowania przeniosłem do niej. Anna. Śliczna szatynka, z którą umówiłem się tylko raz, lecz potem znajomość podupadła jak źle zarządzana firma. Nagle konakt się urwał.
Bywa, powiedziałem wtedy, a gdy spotkaliśmy się ponownie, nie omieszkałem jej wyrzucić, że:
- Nie oddzwoniłaś. Nie wiem co się stało... Odkąd przerzuciliśmy się na „szybkie znajomości” przy pięciominutowych stolikach oraz odkąd zaspokajamy potrzeby nawiązując relacje przez internet, dodałem złośliwie, reguły towarzyskie zniknęły z instrukcji obsługi społecznych interakcji, doprowadzając do upadku dobrych obyczajów…
      - Zmarł mój ojciec – odparła zażenowana, przesuwając wzrok w stronę szyby. Światło na parkingu zgasło nie wiem kiedy, lecz w tamtej chwili czułem, że płonę na całej twarzy. Przeprosiłem i chciałem zażegnać ten drobny kryzys. Wtedy opowiedziała sama z siebie o swoim życiu.
         Wpadłem po uszy. Niestety bez wzajemności.
         Szczęście w nieszczęściu co miesiąc widywaliśmy się w restauracji Żukowa, szukając szczęścia i dzieląc się historiami.
Siedziała przy stoliku z numerem 10. Odprowadziła uśmiechem faceta, który ruszył dalej. Krzyżyk na drogę, pomyślałem. Z zazdrością obserwowałem, że prostuje szerokie plecy.
- Czo to byo – powiedziałem naśladując nasz – mój i Anny – język.
Uśmiechnęła się.
- Pust-ok.
Z ulgą rozsiadłem się wygodniej. Przestawiłem filiżankę po kawie, którą ktoś zostawił.
- Szedł jakby między udami tkwiła niewidoczna beczka. – Puściłem oko.
Roześmiała się. Siedzące przy innych stolikach twarze zwróciły się ku nam. Po chwili zniknęły, gdy mój świat wypełniły oczy koloru kawy, błyszczące od piwa i śmiechu. Z kącika oka popłynęła łza, którą szybko starła.
- Popsujesz mi makijaż.
- Jak idzie?
- Niestety. A tobie?
- Dziewiątka zrobiła na mnie wrażenia.
- Serio? A jak ma na imię?
- Przyłapany. – Udałem skruszonego.
- Masz na karcie, głupolu!
- A faktycznie. – Obszukałem kieszeń marynarki – Yyyy. Chyba ją zgubiłem.
- Jesteś niepoprawny. Po co w ogóle tu przychodzisz, skoro się nie starasz? – udała że się złości, co wyszło dość zabawnie, więc musiałem przygryźć policzek, żeby się nie uśmiechnąć.
Staram się, staram – pomyślałem.
- Tak jakoś wyszło. Jak mama?
- Lepiej. – spoważniała. Czyli nie wszystko było lepiej.
- Trzymaj się jakoś – złapałem za jej dłoń. Tego właśnie brakuje w szybkich randkach – brak kontaktu. Czasu na bliskość. No, ale ich scenariusz zakładał właśnie szybkość.
- Dzięki. - Kiedy ścisnęła moją rękę, serce w mojej piersi wybuchło szybką serią bolesnych czknięć. Żeby patrzeć na ten uśmiech mógłbym wykupić dożywotni karnet na szybkie randki całego świata. – Jak ma się twój brat?
- Przyjeżdża do Gdańska. Zamieszkamy razem. Może pójdzie na studia.
- Nie naciskaj na niego.
- Przecież nie naciskam. Służę radą. To co innego.
- Jest młody, nie rozumie, że chcesz go wesprzeć. Dla niego zresztą wsparcie ma być brakiem oporu wobec jego planów.
- I drobna pomoc finansowa.
- Brzmisz jak zgred.
- Lepiej powiedz, czy zadzwoniłaś do siostry.
Przygryzła wargę.
- Nie wiem czy to jest dobry pomysł.
- Kiedyś musisz jej wybaczyć. Mamy ogra…
Zabrzmiał dzwonek.
- Kochani, kończymy – powiedziała organizatorka.
- Mamy ograniczony czas. Pamiętaj o tym.
- Dobrze.
Chciałem coś zrobić, żeby ją wesprzeć. Cokolwiek.
- Jesteś mi winna randkę – wypaliłem.
Wydawała się zakłopotana.
- Myślisz, że to dobry pomysł? Przyjaźnimy się.
- Nie wiem jak ty, ale próbowałem prawie wszystkiego, żeby stworzyć udany związek. Nigdy jednak nie zaczynałem od przyjaźni. Znamy się od roku, choć widujemy co miesiąc. Piszemy do siebie codziennie. Pora coś z tym zrobić. Jeśli nie wyjdzie… jesteśmy rozsądnymi ludźmi, prawda?
- Wiesz co, masz rację. Raz kozie śmierć.
- Takie słowa w restauracji brzmią jak wyrok – powiedziałem z uśmiechem.
Śmiała się jeszcze, gdy podałem jej płaszcz.
- Mam rozmazany makijaż? – zapytała.
- Nie – skłamałem.