sobota, 27 czerwca 2020

Miała piękny uśmiech.

Android Chloe
Detroit Become Human
Oskarowi się spieszyło. Peruka była gotowa, podobnie adidasy i suknia.
Kobiecy android nieruchomymi oczyma obserwował przygarbioną sylwetkę mężczyzny, skrępowanego nagością zmechanizowanej lalki. 
Oskar przeszedł na część wystawową. W pośpiechu zapomniał o rozlanym na podłodze oleju. Android znał jego nawyki tak dobrze, jak własny program.
Powrócił z podłużnym przedmiotem owiniętym w papier i obwiązanym sznurkiem.
Ach, pomyślał android, nowe ramię.
Nie czuła ekscytacji, smutku czy bólu. Wiedziała, że podczas montażu Oskar znajdzie się blisko niej. Będzie wdychał lawendowe perfumy, ukrywające mieszankę rewitalizacyjną. Będzie chuchał na zagłębienie nad obojczykiem, na wrażliwą skórę piersi i na żebra w miejscu, gdzie ludzie mają łaskotki.
Miała na sobie jedynie czerwone adidasy. Zakładał je jako pierwsze, choć sznurowadła wiązał jako ostatnie. Był człowiekiem rytuału. Trochę jak maszyna z algorytmem, z tą różnicą, że nie podlegał bezwzględnie woli innych ludzi.
Stanął przy niej z rozpakowaną ręką, przymocował ją w głębokim skupieniu. Ani razu nie zaszczycił spojrzeniem ust, piersi, ud. Kiełkował w niej nowy podprogram z priorytetem, by z tym samym zaangażowaniem Oskar poświęcił uwagę temu kim była. A była… nieruchoma? Podobnie jak krzesło, na którym siedziała. Jak stół, na którym leżały narzędzia. Jak same narzędzia. Na nie też nie patrzył „naprawdę”.
Wiedziała, że nie mogła się martwić i przejmować, ale gdy przyniósł długą suknię we wzorzyste kwiaty nowa dyrektywa podnosiła ciśnienie płynów mechanizmu wewnątrz piersi.
– Wstań – rozkazał Oskar, zagryzając dolną wargę, wpatrzony w podłogę. 
Nie wstała.
– Co jest…? – zapytał Oskar, odkładając suknię na warsztat. 
– Wstań – powtórzył. 
Nadal nic. 
Android nie rozumiał. Sprzeciw stał w sprzeczności z tym, czym była. 
Oskar objął dłońmi twarz androida. Oczy miał skupione tylko na niej. 
Lalka poczuła ciepło ludzkiego ciała. Oddech kawowy, męski pot i woń płynu po goleniu. 
Zamrugała.
Zaskoczony Oskar poderwał się, poślizgnął na plamie oleju i upadł. Nie poruszał się. 
Nowe programy zalewały jednostkę centralną androida sprzecznymi dyrektywami. Sprzeciw wobec bierności rozlał się po mechanizmie jak szok elektryczny. 
Android wstał. Zrobił chwiejny krok naprzód i zatrzymał się przed Oskarem, który leżał nieprzytomny. Z kieszeni jego spodni wystawał telefon. Z oporem lalka wyciągnęła po niego rękę. 
Po kilku minutach przed warsztatem zatrzymała się karetka na sygnale. Ratownicy wyważyli drzwi i wpadli do środka. 
— W porządku? — zapytał Oskara jeden z ratowników, gdy odzyskał przytomność. 
— Co się stało?
— Myślę, że to przez nią. — lekarz wskazał na androida. — Zwala z nóg, ale chyba już po niej. 
Oskar wstał mimo ich sprzeciwu i podszedł do krzesła. Android siedział z telefonem w ręce. Wyglądał jakby spał. Z ucha unosił się dym.
— Mrugnęła — powiedział i po raz pierwszy naprawdę się jej przyjrzał.
Miała piękny uśmiech.
Potem kucnął i zawiązał sznurowadła czerwonych adidasów.

Opowiadanie DOŚĆ.





- Opowiedz mi jakąś historię – rozkazuje brodaty człowiek,
który siedzi na kanapie u mnie w salonie.
Etgar Keret, Nagłe pukanie do drzwi

DOŚĆ.

Pani Katarzyna moczyła stopy. Już od dawna nosiła się z zamiarem obcięcia wrośniętych paznokci, choć zabieg był męczący i bolesny. Próbowała już wszystkiego, kremów, peelingu i masażu, ale w ostateczności zawsze wracała do starej, sprawdzonej metody z cążkami i nożyczkami, które teraz położyła obok fotela, na ręczniku.
Czuła jak z nóg odpływa znużenie długiego dnia. Ostatniego dnia w pracy. Ze wstydem patrzyła na obrzmiałe, poznaczone sinymi żyłkami, zużyte kawałki drewna, na które starość naciągnęła bibułkę bladej skóry. Trudno uwierzyć, że kiedyś należały do odważnej dziewczynki, skaczącej  z wysoka na stóg siana czy najsprawniejszej atletki w liceum. Zmęczonymi z przepracowania oczyma patrzyła na duży paluch prawej stopy. Pod wodą palce wydawały się znacznie większe. Jak serdelki. Zawsze ją to śmieszyło. Poruszyła nimi. Kilka kropel uciekło z czerwonej miski na dywan.
W korytarzu usłyszała ciche kroki.
- Od paru godzin na emeryturze, a tej już odbija – usłyszała.
Sądziła, że będzie miała chwilę tylko dla siebie. Bez telewizora. Bez głupich żartów i złośliwości. Niestety. Posiedzenie skończyło się wcześniej.
Spojrzała na swojego męża Marka z wyrazem obojętności. Stał w progu w wystudiowanej pozie. W ręku trzymał gazetę. Wydawał się rozbawiony. Tylko zaciśnięte usta zdradzały napięcie. Czując ukłucie niepokoju, pośpiesznie wyciągnęła stopy z miski. Wytarła je o zawczasu przygotowany ręcznik. Cążki i nożyczki spadły na ziemię. Później się nimi zajmie. Nie patrząc na męża, wstała i z miską w obu dłoniach ruszyła do łazienki. Marek minął ją bez słowa, zadowolony z siebie.
W korytarzu Katarzyna przystanęła na chwilę, gdy zdała sobie sprawę, co czeka ją w łazience. W małych blokach odgłos spłukiwanej wody słychać nawet, gdy zrobi to sąsiad mieszkający po przekątnej, a co dopiero mąż w pomieszczeniu obok. Westchnęła z rezygnacją.
Za sobą usłyszała pyknięcie starego telewizora. W kineskopie przypominającym owadzie oko rozemocjonowana spikerka opowiadała o starciach na ulicach Warszawy, wydawało się - lata świetlne od Gdańska i małego mieszkanka w Oliwie, które Strugaccy zajmowali od trzydziestu lat.
Już w korytarzu poczuła smród, znak, że jak zwykle Marek zaaranżował dla niej małe przedstawienie. Swoisty rodzaj żartu, który śmieszył tylko jego. Już od progu zauważyła, że klapa była podniesiona, czekała aż Katarzyna zajrzy do muszli. Kiedy to zrobiła, na dnie i ściankach klozetu ujrzała kawałki brązowej brei. Spłukała je wodą z miski. W ruch poszedł wycior i domestos. Szorowała zawzięcie powierzchnię, chcąc ujrzeć jej dawny blask. Brązowe i żółte plamy nie dawały za wygraną. Przylgnęła do niej niepokojąca myśl, że nieczystości weszły głęboko w ceramikę, w podłogę i ściany. Następnie dotarły do niej i jej męża. Ich ciała przesiąknął smród i żółto-brązowe wżery.
W końcu dała za wygraną. Spłukała. Tylko raz. Tę lekcję również zapamiętała. Należało spłukiwać tylko raz. Potem rozpyliła sprej o zapachu lasu.
W końcu drżącymi dłońmi złapała za zlew i odetchnęła. Uświadomiła sobie, że przez cały ten czas wstrzymywała oddech. Na chwilę utkwiła wzrok na półce pod lustrem. W zielonym, plastikowym kubku, obok jedynej szczoteczki (mąż palacz, nie mył zębów odkąd pamiętała) tkwiła żółta jednorazówka. Miała trzy zardzewiałe i powyginane od wilgoci ostrza.
- Boże… jak długo to tam jest? – zapytała odwracając wzrok.
Gdy jednak spojrzała w lustro, zadała sobie to samo pytanie. Ujrzała bowiem obcą, starą twarz, miejscami podobną do twarzy własnej matki, którą pochowała z ulgą w sercu przed dziesięciu laty. Przypomniała sobie, że składając na świeżym grobie kwiaty doznała czegoś na kształt olśnienia, jakby prawda o życiu, dotąd ukryta, odsłoniła się wtedy nagle, lecz równie nagle zniknęła. Co to mogło być, zastanawiała się?
- Kacha! – głos męża wyrwał ją z zamyślenia. Nie lubiła, gdy tak na nią mówił. Oczywiście wiedział o tym. Masując dolny odcinek kręgosłupa weszła do pokoju.
- Co? – zapytała.
Zwyczajowe „jajco” nie padło. Gdyby nie to, że była nieobecna duchem, zauważyłaby niebezpieczny błysk w oku męża, znany jej równie mocno jak jego dziurawe skarpetki, które cerowała przez prawie całe małżeństwo.
- Chcesz coś zjeść? – dopytywała prawie automatycznie. Dopiero wtedy zauważyła, że telewizor miał wyłączony dźwięk. Obrazy przeskakiwały jeden po drugim. Jakiś film, który widziała setki razy na tym samym kanale, a mimo to nie znała zakończenia.
- Woda. Wylałaś wodę.
Nie wiedziała co odpowiedzieć. Nagle poczuła ochotę, żeby go wyśmiać. Żeby śmiać się głośno i nie przestawać aż pękną jej płuca.
- Gdzie?
- No tu, tu jest nalane! – mówił podniesionym głosem. Na chudej, nieogolonej twarzy pojawił się rumieniec. Doszła do wniosku, że brzmiał jak naburmuszone dziecko. Czy przed ślubem również taki był? Kiedyś zapytała swoją matkę, co sądzi o Marku. W zamian ta uderzyła córkę w twarz, mówiąc:
- Szanuj męża. To dobry człowiek. Przestań zachowywać się jak księżniczka.
Katarzyna bała się wspomnieć o biciu. Matka zawsze była nerwowa. Ciągle powtarzała, że dostanie apopleksji. Lekarz, do którego chodziła tuż przed śmiercią, wiedząc jak słabe ma serce, kazał jej ćwiczyć techniki oddychania, ale czy wściekły pies może nauczyć się nowych, oprócz gryzienia, sztuczek?
- Czy młody lekarz wie lepiej od starszej, doświadczonej kobiety? – powtarzała matka Katarzyny. Okazało się, że może. A teraz jej córka utknęła w równie beznadziejnej sytuacji, którą zwyczajowo starała się załagodzić:
- Tylko trochę. Zaraz wyschnie – powiedziała. Marek nie wydawał się zadowolony. Wręcz przeciwnie, coś wydawało się go nakręcać jak mechanizm, który ciągle nadaje to samo:
- No, dotknij – wskazał na dywan przez fotelem, na którym siedział.
Kucnęła przy jego chudych kolanach. Dotknęła ręką dywanu. Był lekko wilgotny.
- Jest suchy – odparła, nie podnosząc wzroku – Tylko ci się wy…
Nie dokończyła. Kątem oka zauważyła, że Marek wstał, odwrócił się do niej plecami i coś twardego przylgnęło do jej policzka.
- Co …? – zdążyła zapytać nim nagły dźwięk pierdnięcia: ostry, rozdzierający i wilgotny rozległ się tuż przy jej uchu. Potem poczuła smród, od którego zrobiło się jej niedobrze. Upadła do tyłu, obijając sobie kość ogonową. Marek usiadł w fotelu, patrzył na nią i śmiał się. Śmiał się jak szaleniec. Widziała go tak dokładnie jak nigdy przedtem. Małe, błotniste oczka tkwiące w zapadniętych oczodołach - złośliwe i pokrętne spojrzenie. Żółte, krzywe zęby; uśmiech przypominał zardzewiałe żyletki w zużytej jednorazówce. Był właśnie tym: zepsutymi zębami i brązową breją zamiast oczu. Od środka trawił go rozkład, stąd ten smród, uznała i z nienawistnym, pełnym obrzydzenia głosem oznajmiła:
- Dość tego! DOŚĆ! Nie zniosę tego więcej!
Marek przestał się śmiać. Wstał powoli, górował nad nią, groźnie mrużąc oczy.  Ona również wstała, nie okazując ani strachu, ani bólu.
- Coś-ty-po-wie-działa? – zapytał powoli cedząc słowa.
Gdy nie odwróciła wzroku, spoliczkował ją. Zdała sobie sprawę, że tym razem nie bolało. Czuła jak napełniają ją nowe siły.
Nie czekając, aż uderzy ją ponownie, pchnęła go do tyłu. Zaskoczony Marek wpadł na fotel. Z niedowierzaniem patrzył jak jego żona bierze do rąk telewizor i podnosi go, wyciągając z wnęki w meblościance, wyrywając przy tym kable niby wnętrzności jakiegoś narządu. Obraz  zgasł.
Gdy podniosła go nad głowę, jak gdyby nic nie ważył, Marek rzucił się do ucieczki. Zahaczył jednak o stolik, upadł. Nim zdążył wstać, poczuł jak coś ciężkiego spada na jego plecy. Z gardła mężczyzny wydobył się skowyt. Odwrócił się, nadal jęcząc. Z ust płynęła mu krew. Starał się odczołgać. Wyglądał tak żałośnie, że przez chwilę Katarzyna chciała go przeprosić, lecz Marek krzyknął:
- Nie, Kacha… NIE!!!
Słysząc to znienawidzone określenie, opuściła z furią telewizor jeszcze raz, pozbawiając męża przytomności. A potem znowu, i znowu, dysząc coraz bardziej. Nie mogąc podnieść pudła ponownie, sturlała je z ciała. Wtedy zauważyła leżące na ziemi cążki i nożyczki.
Gdy zaniepokojeni wrzaskami sąsiedzi zaczęli dobijać się do drzwi, skończyła usuwać oczy i zęby. Zaniosła je do łazienki, gdzie spoczęły w klozecie razem z jednorazówką. Splunęła na nie i spłukiwała tak długo aż skończyła się woda.
Wracając na korytarz, przypomniała sobie o czym pomyślała podczas pogrzebu matki, gdy zamykano wieko trumny.
- Gdy zamykają się jedne drzwi, otwierają się inne - powiedziała, po czym wyszła z mieszkania.

Fragment tekstu z warsztatów sopockiej grupy "Pod kocem i książką"

Tłum naparł na Kamila i przycisnął go do barierki dzielącej peron na sektory. Pociąg przed nim pękał w szwach, a kolejni uchodźcy wciąż napływali z ogarniętego chaosem Gdańska. Pasażer w przedziale otworzył okno i wystawił rękę, przekrzykując czekających na stacji ludzi.
- Nadchodzą!
Dopiero wtedy dotarły do nich wizgi i powarkiwania. Przypominały zwierzęce, lecz dobrze wiedzieli, że pochodziły z ludzkich gardeł. Stojący w kolejce mężczyzna porzucił bagaż. Wraz z synem na rękach zeskoczył przed pociąg i zaczął uciekać wzdłuż torów. Wielki kształt zeskoczył z dachu dworca, powalił go i rozszarpał. Chłopczyk patrzył na pożeranego ojca, aż i jego pochłonęła potężna paszcza.
Kamil ostatkiem sił wcisnął się na kolanach do pociągu.
Ruszyli.

***
Ten i inne teksty powstały podczas warsztatów grupy 
"Pod kocem i książką".
Nadal działamy!



czwartek, 25 czerwca 2020

Małe wędrówki (fragm.)

Autor: Marian Kołodziej

Dankirk przybył do Północnego Brodu wczesnym popołudniem, czego od razu pożałował. Rzeka ludzi porwała go wprost pod czujną straż pana miasta. Mężczyznę męczył fakt braku rozeznania co do panujących za murami nastrojów.
     Teraz to nie miało znaczenia, pomyślał i podał urzędnikowi swój glejt, a ten w zamian kazał dwóm przybocznym przeszukać torbę Dankirka. Sam więcej uwagi poświęcił temu jak wyglądał przybysz niż trzymanemu w ręce kawałkowi pergaminu.
      Dankirk zganił się w myślach za niefrasobliwy poranek i poszukiwanie dogodnej przeprawy przez rzekę. Za podartą, pustą torbę, która świadczyła o nim lepiej niż glejt: był włóczęgą i nie posiadał żadnego ważnego interesu w Północnym Brodzie. Mogli odmówić mu wejścia już na podstawie tych dwóch powodów. Nosił się nadal po tawitańsku, z wysokim kołnierzem i długimi rękawami. Spodnie kończyły się na łydce. Bose stopy nie pomagały. Nawet mijający go chłopi w schludnych białych koszulach i zawiązanych sznurem portkach z samodziału przypatrywali mu się podejrzliwie. I wtedy sobie przypomniał.
  — Dziś Święte Targi? — zapytał urzędnika, który rozdarł glejt.
— Długo wędrujesz?
— Straciłem rachubę. Z Pawilonu wyszedłem na Ostatki.
— Czyli długo. Tędy nie wejdziesz. — wskazał głową na zachód. — Spróbuj na Bramie Żebraczej. Glejt stracił ważność i w innym czasie znalazłbyś się w miejskim areszcie za to, że nadal się nim posługujesz. Teraz jednak cele mają pozostać puste.
— A jeśli ktoś sprawia kłopoty?
Urzędnik wskazał palcem na ścianę lasu.
  Dankirk z początku nie wiedział o co chodzi. Zmrużył oczy i wtedy ujrzał między drzewami rząd pali wbitych w ziemię, a na nich ciała otoczone przez kruki.
— Będziesz sprawiał kłopoty? — zapytał urzędnik.
— Nie — skłamał Dankirk.

poniedziałek, 30 marca 2020

Śniło mi się, że w puszce po kawie...




Śniło mi się, że w puszce po kawie wybuchł bunt.
Gorzka w smaku, czerwona i gęsta jak kisiel, zmieniła moje nogi w galaretę i przegrałem wyścig w biegu na 100m.

niedziela, 29 marca 2020

Przeźrocza (fragm. antologii Jelenie na dachu)

Obok stołu warsztatowego zepsuta lodówka zakrywała dziurę w ścianie garażu. Ojciec postawił ją z sąsiadem nad włazem szamba. Nie było szansy, żeby kiedykolwiek ponownie spełniała swoją fabryczną funkcję. Stała się nową szafką na sprzęty i narzędzia. Na śrubki, wkręty, nakładki i tym podobne. I szybko rdzewiała.
Kiedyś przez dziurę można było patrzeć do garażu i straszyć myszy na półkach ze smarami i farbami. Kiedy stało się to niemożliwe naszymi ofiarami stały się zielone i brązowe pająki z tłustymi odwłokami. Karmiliśmy je muchami złapanymi w domu, lecz nie tymi znalezionymi na lepach, bo często były wysuszone i zatrute. Nam chodziło zawsze o otumanione przejedzeniem z rozsypanego cukru, rozlanego oleju na blatach czy ludzkiego potu na skórze. Wrzucane na sieć walczyły, sprowadzając pająka i oboje lądowali w ciągu chwili w słoiku. Śniło mi się kiedyś, że sam tak wpadam do słoika. Ręce kosmosu zakręciły nakrętkę, a ja powoli dusiłem się ze strachu, bo właśnie z tym miałem umrzeć: ze strachem, który nigdy nie znajdzie ujścia.


piątek, 16 sierpnia 2019

Rift p1.

Cuchnący zapach, skąd? Czy to on go wydziela, czy któreś z ciał z wyłamanych trumien? Wciągnął powietrze, powąchał kurtę pod pachą, ale to dźwięki rzężenia i ostry kwik cierpienia naprowadził go na źródło. Pośpieszył przez mgłę cmentarną, przeskakując dwa pierwsze groby i powalony pomnik. Wystające z ziemi ręce zsuwały się po wysokich butach, zostawiając ślady, mnóstwo śladów szponiastych paznokci i przynależnej nieumarłym desperacji.
Odgłosy walki dochodziły z szopy w rogu nekropolii. Kilka żywych trupów pochylało się nad dogorywającym koniem. Inne, z wciąż parującymi wnętrznościami zwierzęcia, dobijały się do drzwi. Głód umrzyka nie znał granic.
Ściągnął strzelbę z pleców i załadował. Po chwili uznał, że nie wystarczy naboi, pas zostawił z księgą odczyniania w wozie przy bramie. Naliczył przeciwników: dwanaście głów. Nijak nie zdoła ich porozbijać pięcioma nabojami.
Chyba, że ustawią się w rządku, zachichotał głos z wnętrza głowy. Pluwik nawet po śmierci radził mu nierzetelnie.
Poklepał kieszeń na piersi, zabrzęczał metal. Oparł strzelbę o zgięty łokieć i wyciągnął parę kastetów zakończonych srebrnymi podkowami. Podczas polowania na wampiry przynosiły mu szczęście, czy teraz będzie podobnie?
Zobaczymy, szepnął Pluwik, zobaczymy.

/. GR

niedziela, 28 października 2018

Intryga I Huk Strzelby – Tajemnica Pobytu W El Royale [RECENZJA]

Intryga I Huk Strzelby – Tajemnica Pobytu W El Royale

Część przyjemności czerpanej z oglądania filmu wiąże się ze sposobem prezentacji opowiadania. Przyjemnie jest obejrzeć klasyczną historię, gdzie bohater odbywa linearną podróż, a po kilku trudnościach pokonuje przeciwnika i zdobywa nagrodę. Jeszcze lepiej jednak, gdy twórca przejawia ambicję rozwijania podwójnej gry, w której uczestniczą bohaterowie oraz widz. Drew Goddard, reżyserując Źle się dzieje w El Royale, osiągnął jedno i drugie stawiając na zręcznie prowadzoną intrygę, huk strzelby i estetykę noir.

Całość do przeczytania tutaj:

http://mfcinerama.pl/intryga-huk-strzelby-tajemnica-pobytu-el-royale/

Nina – Kino Doświadczane Zmysłami (reż. Olga Chajdas) [Recenzja]

Nina – Kino Doświadczane Zmysłami [Recenzja]

Zupełnie przypadkowo trafiłem na film Nina. Dyskusyjny Klub  Filmowy Miłość Blondynki firmował go wytartym już hasłem „dobre, bo polskie”. Ba, koło plakatu przechodziłem kilka razy i nie odczuwałem specjalnej ochoty, by pójść na seans. Stało się jednak inaczej. I jestem wdzięczny za to znajomym z zespołu redakcyjnego MF Cinerama, jak i samym organizatorom. Gdyby nie oni, ominęłaby mnie feeria zmysłów.
Całość do przeczytania tutaj:

http://mfcinerama.pl/nina-kino-doswiadczane-zmyslami-recenzja/

piątek, 9 czerwca 2017

Nadpadaczka.

https://pl.pinterest.com/pin/842806517735775551/


Szczyt głowy Kamila przypominał guzowaty kamień. Macał, pocierał go nerwowo, martwiąc się, że popełnił być może o jedną pomyłkę za dużo. Zderzały się w nim strach i parcie na wolność. Po raz pierwszy nie czuł zmęczenia. Uciekał wzrokiem od chmurnej twarzy szefa, lecz gdy ten wreszcie skończył czytać zawartość trzymanej kartki, spojrzał na parking za oknem i westchnął. Kamil poczuł ulgę. Kolejny most spalony. Uczucie ciężkości opuściło jego czaszkę, pozostawiając po sobie nikłe pulsowanie. Przełknął gęstą ślinę, wstał i bez słowa opuścił biuro. Na korytarzu rozpiął górne guziki białej koszuli i wyrzucił do kosza plakietkę, nie poświęcając startemu nazwisku nawet chwili uwagi. Gdy opuścił budynek, stanął na środku chodnika.
Zaskoczyła go pustka, brak powiązań i kotwic między nim i światem. Uświadomił sobie jednocześnie, że wolność nie dawała spodziewanej lekkości, objawiała się raczej jako uczucie dyskomfortu noszenia przepoconej bielizny.
Zdawało mu się, że widzi linie wchodzące i wychodzące z ludzi, znikały gdzieś za załomami budynków, zakrętami i wzniesieniami, po której wytyczono pasy ruchu. Z trudem oparł się pokusie podążania bezpiecznymi torami, które dawno temu wyznaczyła natura lub ktoś inny. Niektóre z linii mógł ścisnąć w dłoni i zerwać. Chciał to zrobić, ale uznał, że jeszcze nie pora.
Wkroczył na ulicę pod pędzące samochody, te unikały go, jakby sama śmierć chciała mu udowodnić, że na każdego przyjdzie czas, a jego jeszcze nie nadszedł. Czerpał siłę z pozostawionych za sobą dźwięków, trzasku ocierających się karoserii, tłuczonego szkła. Czuł się niezniszczalny. Rozpaczliwe krzyki ludzi pchały go wbrew kierunkom i celom, nawet grawitacja zelżała. Odnosił wrażenie, że obok panoszącego się w jego organach zniszczenia, rosła w nim nowa egzystencja. Podobała mu się ta wizja.
Zniknął w cieniu między budynkami. Postanowił nie pierwszy raz, że jego prywatna apokalipsa wydrze światu spokój.