czwartek, 23 marca 2017

Nie dasz rady.






Nie dasz rady. Przestań próbować. Po co sobie to robisz?
Masz na głowie dom, rodzinę, dziewczynę czy żonę lub dzieci, etat w biurze lub na kasie, terminy biegów, dietę, siłownię, studia...
Albo jesteś singlem bez instynktu stadnego, wypełniającym pustkę naturalnej potrzeby prokreacji za pomocą ego, samorealizacji i ambicji czy psa.
Pora odpuścić.
Nie na wszystko znajdziesz siły.
Nie jesteś supermanem.
W końcu się wypalisz. Wstawianie z łóżka stanie się największym wyzwaniem. Dawniej budziłeś się, żeby do czegoś dążyć, teraz chcesz tylko przetrwać, spełnić oczekiwania rodziny, szefa, wykładowcy. Najbardziej cierpisz pod jarzmem marzeń siebie z przeszłości, gdy nie wiedziałeś, że życie nie-je-bajka i nie powinno się o nim decydować w młodości, gdy jest się jeszcze kretynem.
Skąd miałeś wiedzieć? No skąd?

Pora się zatrzymać. Weź oddech. Zauważysz, że ból głowy mija, że za często się za nią łapałeś, nie rozumiejąc, że dobre chęci nie wystarczą i jesteś tylko człowiekiem, z ograniczonymi siłami, pojmowaniem i czasem.


"Telephone Sheep" by Jean-Luc Cornec love this installation  bit of whimsy with the telephone and yarn  #art #whimsicalart #artinstallation:
https://pl.pinterest.com/pin/452400725044139258/
Co dalej?

Załóżmy, że gdzieś tam jest twoje miejsce i twój czas jeszcze nie nadszedł. Wszystko czeka za horyzontem znanych ci spraw.

Nie jest za późno.

Żeby przestać się przejmować straconymi szansami.
Żeby przestać rozmyślać nad dawnymi relacjami.
Żeby przestać próbować naprawić to, czego nie da się naprawić.

Jesteś jedynym stałym elementem swojego życia.
Możesz liczyć przede wszystkim na siebie.
Twoje przyszłe ja czeka na ciebie już teraz.

Pora coś z tym zrobić. 

Może chodzi o odpuszczenie sobie w próbie wypełnienia planów, które ci nie idą. Może chcesz komuś coś powiedzieć. Zrobić coś tylko dla siebie. Dla kogoś, dla spraw innych ludzi postanawiasz poświęcić nie tylko swoje myśli i uczucia, ale i resztę życia?

Właściwie, czemu to czytasz?
Wiesz, że spędzasz za dużo czasu w internecie, na youtubie, na facebooku i twój telefon stał się częścią twojego ciała.

Pora odpuścić.

A gdy się nie uda, odpuścić znowu i nie przejmować się, że nie udało się oderwać od ekranu, od wypełniania obowiązków, od doglądania spraw, na których ci zależy.

Pora przestać się zastanawiać. Wiesz już przecież, że większość z tych myśli to wymówki i komfort.

Twój czas dobiega końca z każdym dniem, 
czy tak chcesz przeżyć resztę życia?

Nie dasz rady.

Resztę twojego życia 
przeżyje 
ktoś kogo nie znasz
ktoś kim nie chcesz być.

https://pl.pinterest.com/pin/422705115010191742/

P.S. Wierzę. że ci się uda.

środa, 22 marca 2017

Wiosna Scarecrow - Matka. Żywoszkło. Bóg Bez Twarzy


   Młoda, lecz złamana żalem kobieta stawiała powoli kroki na stromych stopniach. Drewno ustępowało cicho, poskrzypując. Ciało Niny oddawało ciepło opuszczonego przed chwilą małżeńskiego łoża, zaś stopy przejmował chłód wczesnego poranka, łagodniejszy o kilka stopni od chłodu samotnie spędzonej nocy.
  Opuszkami palców muskała po szarej, chropowatej ścianie. Przystanęła u dołu schodów, zabsorbowana rozcieraniem pyłu między palcami. Wszystko się sypie, pomyślała zerkając na pęknięcie w ścianie, skąd odpadł kawałek tynku.
     Koścista dłoń wydawała się jej obca tak jak otoczenie, tak jak wspomnienie o szorstkim, męskim zaroście, który kiedyś ją drażnił, a teraz kojarzy się jej samotnemu sercu z pieszczotą, jakiej nie zaznała od dawna. Zaszło tak dużo zmian, pomyślała. Jestem starą, zmęczoną kobietą, dodała w duchu ruszając w stronę salonu, gdzie zamierzała uspokoić skołatane nerwy modlitwą.
W korytarzu minęła walizki, które spakowała poprzedniego dnia. Z jednej z nich wystawał fragment białej koszuli, który przycięła zamkiem, mając w nosie że niszczy w ten sposób prezent z okazji urodzin. Wczoraj nie myślała o niczym takim, daleko jej było do wspominania o lepszych, słonecznych czasach. W przeciwieństwie do spakowanych walizek, została porzucona.
     Poczuła zapach parzonej kawy. A więc wrócił, pomyślała czując jednocześnie nadzieję, ruszając żywszym krokiem w stronę kuchni, lecz nagle zatrzymała się. Zobaczył walizki, stwierdziła ze strachem. Z miejsca pożałowała swojego wybuchowego temperamentu. Tak, żałowała tego wszystkiego, co powiedziała, choć wiedziała, że nie odwoła słów o rzeczach, które spotykają jej rodzinę. Kolejna kłótnia, zakończona trzaśnięciem drzwiami i spakowaniem walizek przyblakła teraz, jak zawsze, gdy rano budziła się sama w łóżku, z wyrzutami sumienia i wstydem. Chciała wejść do kuchni, przeprosić za wszystko, choć w głębi serca nie zgadzała się z bezczynnością swojego męża. Zamiast jednak ruszyć, stała, porażona własną bezsilnością. Oto jestem, pomyślała. Jedna z walizek. Kto mnie zabierze? Niech ktoś mnie zabierze, pomyślała ze łzami w oczach i zaciśniętymi pięściami. Paznokcie wbijały się w skórę dłoni aż pojawiła się krew, kapiąca na drewnianą podłogę.
     Odetchnęła, próbując się uspokoić. Westchnęła jeszcze raz, mocno. Ruszyła do kuchni, mając nadzieję, że uśmiecha się naturalnie i że mąż weźmie jej rumieniec, który czuła na twarzy jako zawstydzenie. Przechodząc koło salonu, kątem oka złowiła ruch. Stanęła jak sparaliżowana. Ujrzała Gavina, stojącego przed ołtarzem, na którym stało zwierciadło z żywoszkła. Przez chwilę sądziła, że widzi grę cieni wokół chłopca, lecz okno było zasłonięte. Niemniej sylwetka dziecka to pojawiała się, to znikała. Zamrugawszy oczami wreszcie zauważyła go wyraźnie - stał na palcach i dotykał dłonią tafli żywoszkła. Modli się... Nie! On się nie modli, pomyślała dławiąc pojawiające się wzruszenie i naraz pojawiła się panika i przerażenie. Żywoszkła nie należy dotykać. Nie powinni tego robić zwłaszcza golemanci!
    Żywoszkło cofnęło się przed dotykiem Gavina, by nagle zaatakować pulchne palce zębami wyrosłymi w potwornej paszczy, którą utworzyło zwierciadło. Nina krzyknęła, sparaliżowana zasłoniła dłonią usta. Wreszcie ruszyła. W jej oczach odbijał się gniew.
      - Świętokradca! - krzyknęła i szarpnięciem odrzuciła Gavina do tyłu. Chłopiec upadł z jękiem. Matka zmierzyła go surowym wzrokiem, by następnie spojrzeć na relikwię. Ogarnęła ją groza tego co zobaczyła, dlatego szeroko otworzyła usta i oczy, wytrzeszczając je z niedowierzania. Żywoszkło pękło! Wpadła w furię. Odwróciła się, by uderzyć chłopca otwartą dłonią"
      - Ty potworze! - wrzeszczała, lecz rękę powstrzymał w powietrzu wyraz twarzy chłopca. Upiorny uśmiech spiorunował ją na równi z oczami szklącymi się połyskliwym odbiciem, choć światło w pokoju było nikłe. Nagle wizja ta zniknęła. Później, przypominając sobie co ujrzała, stwierdziła, że oczy Gavina miały ten niepokojący kolor, powierzchnię co ... lustro. 
     Do salonu wpadł jej mąż, przytulił chłopca patrząc na nią jak na wariatkę. Wyszedł z pokoju, zostawiając ją osłupiałą.
      Popatrzyła na ołtarzyk. Żywoszkło nie pęka, mawiała jej babcia. Tak jak twoje serce powinno być twarde, dodawał potem. 
     W tamtym dniu, serce Niny pękło, gdy klękła przed pamiątką i relikwią, symbolem jej wierzeń - tafli pękniętego żywoszkła, które nie powinno odbijać, tylko pokazywać, a w tamtym momencie obraz, który ukazywało zwierciadło był niezmienny, poznaczony żyłkami pęknięć - ukazywało twarz jej synka krzyczącego z bólu i wściekłości.

wtorek, 21 marca 2017

Na styku sztuki, powieści i życia.


Przeczytałem książkę Eleny Ferrante, pt. Genialna przyjaciółka. W międzyczasie liznąłem trochę rad od Orhana Pamuka (Pisarz naiwny i sentymentalny) oraz klaustrofobicznego stylu Charlesa Bukowskiego...
... i zupełnie przypadkowo znalazłem się na styku kontynentów, czegoś, czego nie potrafię dookreślić jednym słowem jako czytelnik i pisarz.

Pamuk, nawiązując do Shillerowskiej rozprawy (O poezji naiwnej i sentymentalnej) rozważa przenikanie się sfer sztuki, literatury i życia, wyróżniając pisarzy naiwnych i sentymentalnych. Daje przy tym barwne przykłady, porównując pisarstwo do malarstwa, którym zajmował się, nim zapragnął sięgnąć po pióro.

Przywołuje na poparcie swoich poglądów doświadczenie, tak pisarza, jak i czytelnika (tu również rozróżnia czytelników na naiwnych i sentymentalnych), szukając jednocześnie równowagi wobec dysonansu posiadania zmysłu naiwnego pisarza oraz inteligencji pisarza sentymentalnego. Mając dwadzieścia parę lat porzucił malarstwo, mówiąc sceptycznej wobec powieściopisarstwa rodzinie: Powieści pisze się nie dlatego, że rozumie się życie i ludzi, ale dlatego, że rozumie się inne powieści i samą sztukę powieściową i że pragnie się pisać podobnie.



Bukowski w swojej książce jest przede wszystkim krytykiem, topiącym w alkoholu oznaki talentu i zacięcia pisarskiego. Pije, żeby pisać, pisze - żeby pić i znosić nieprzyjemne życie.
Gdybym miał porównać obu pisarzy, zrobiłbym to za pomocą opowieści Ferrante, bo nie daje mi spokoju spostrzeżenie Pamuka o ukrytej cesze opowieści, którą znalazłem w Genialnej przyjaciółce wraz z trójwymiarowymi postaciami, głębią życia niewielkiej społeczności oraz to, co Pamuk sprecyzował słowami:
"najodpowiedniejszym gatunkiem dla wrażenia ducha i formy sztuki powieściowej jest "powieść formacyjna" [...], która opowiada o wychowaniu, dojrzewaniu i kształtowaniu się osobowości młodego bohatera wkraczającego w dorosłe życie".



Może, żeby być sentymentalnym pisarzem, skłaniającym się ku ćwiczeniu warsztatu, trzeba również być naiwnym czytelnikiem, zgłębiającym i angażującym się w powieści i życie codzienne, tak jak zwykł to czynić Bukowski i Pamuk? 

W końcu Pamuk uznał, że styl nie jest elementem powieści, więc nie on obchodzi współczesnego czytelnika, a właśnie opowieść, losy, historia, co świetnie zrobiła Elena Ferrante!


Looe Akhl. Spokój

             Powitała mnie serdecznie, niezbyt wylewnie, całując w policzek. Takimi niewinnymi gestami zdobyła moje serce. Podałem jej bukiet. Odebrała go z szerokim uśmiechem i błyszczącymi, orzechowymi oczyma. Byłem u niej pierwszy raz, ale nie zdziwiłem się, że poprowadziła mnie do salonu. Nie chcieliśmy się śpieszyć.
             Z kuchni dochodził zapach jakiejś potrawy. Z zakłopotaniem powiedziała, że jeszcze nie jest gotowe i potrzebuje co najmniej pięciu minut. Nie mogłem wyjść z podziwu jak pięknie wyglądała. Po spłonionych policzkach, rumieńcu sięgającym dekoltu poznałem, że nie tylko mnie trawiła gorączka nerwów i wyczekiwania.
             Była ode mnie o wiele młodsza, ale dorosła na tyle, żeby czuć się pewnie dzięki prostemu makijażowi czy skromnej spódniczce. Największe wrażenie zrobiły na mnie perły. Nikt już ich prawie nie nosi. Wyobraźnia podsuwała obrazy, w których ściskam je w dłoni, całując po pachnącej drogimi perfumami szyi. Na stoliku czekały napełnione kieliszki.
             Wino wprowadziło mnie w jeszcze lepszy nastrój. Siedząc na kanapie, obserwowałem jej subtelne ruchy, jakby ćwiczyła chodzenie w szpilkach godzinami. Od stukania obcasów przechodził mnie dreszcz. Gdy wstawiała kwiaty do wody, sięgnąłem po kieliszek. Młode wino ma w sobie energię, werwę samego porannego słońca, grzejącego grona pokryte rosą. Z nią było tak samo. Poznałem to po pierwszym pocałunku. Upijałem się miękkością dolnej wargi, siłą odwzajemnionego nacisku ust.
             Chciałem pić z tego źródła i niecierpliwy jak nigdy przedtem, wstałem i poszedłem za nią. Nie wydawała się zaskoczona ani przestraszona. Kolacja poszła na straty. To była nasza pierwsza wspólna noc. Jedna z wielu naszego wspólnego życia.


Nie ma ucieczki przed pisaniem.


“Always there comes an hour when one is weary of one's work and devotion to duty, and all one craves for is a loved face, the warmth and wonder of a loving heart.” ― Albert Camus

Nie ma ucieczki przed pisaniem.

Siedzę od południa, formułuję kontury dla myśli w stanie ciekłym wewnątrz zapełnionej pomysłami głowy, zgolonej na łyso jak u upadłego Samsona. Prawdziwy siłacz nie potrzebuje gęstej czupryny złotych, lwich loków, tylko dobrze zakorzenionych cebulek. Włosy odrosną, słowa uplotą nowe historie. Czuję się gotowy.
Planuję pierwsze zdanie, wymieniając pierwszy wyraz raz za razem jak palacz gaz w ulubionej zapalniczce. Słyszę syk własnego zniecierpliwienia, kiedy poprawiam jakość wersji „jeden” na jakość wersji „stąd do nieskończoności”, niezadowolony z efektów aż docieranie szlifów pozbawia śliny i pisarza, i krytyka, a głód mój się odzywa, ten od oczytania oraz fizycznie dokuczający żołądek. Tym razem zamiast gazem napełniłem zapalniczkę kroplami nadziei, że jeszcze coś potrafię; iskra idzie od nadziei, coś się wewnątrz mnie zapala, podsycane podmuchem strachu, że powoli też wypalam się w swoim nałogu pisania.
Jakość trzecia mnie zaskakuje, idzie coraz lepiej z bohaterem, z wędrówką od tajemnicy do przemiany, w przemianie z niesioną pochodnią, od światła której spadają maski, przyjaciel odkrywa wroga, a wróg wybaczenie lub swój kres i jestem na końcu, myślę, że to właściwe zakończenie… piszę jednak dalej. Każda historia ma jakieś niedopowiedzenie, wątek ukryty, jawnie szukający ujścia, tunel prowadzący do wyjścia z bocznej uliczki głównej trasy turystycznej produkcji stylistycznej.
Dziękuję.

sobota, 30 kwietnia 2016

Sędzia Aaron. Powieść Zbrojmistrz (fragm.)

Sędzia Aaron wyjrzał przez okno, przerywając całonocną pracę. Po podłodze pokoju kancelaryjnego wędrowała plama porannego słońca. Przez otwarte okno balkonowe wpadał również zapach odchodzącej burzy, teraz grzmiącej daleko na zachodzie.
    Czytanie zaczęło być wyzwaniem, podobnie dalsze siedzenie przy biurku. Ze szkodą dla obolałych pleców nie potrafił jednak wstać i porzucić najtrudniejszej w swojej karierze sprawy. "Ofiarę znaleziono pod stosem chrustu. Ślady na ciele świadczyły...". Przerwał. Mógł cytować akta z pamięci. Niestety.
      Zaczerwienione oczy nieprzyjemnie ocierały się o szorstkie powieki. Tekst zeznań, raportu z zatrzymania sprawcy oraz akt oskarżenia, które czytał po raz kolejny w ciągu ostatnich sześciu godzin zamazywał się, Ściskając nasadę nosa wolną ręką, ziewną przeciągle aż pojawiły się ciemne plamy.
     Aaron zatęsknił za młodością, gdy mógł pracować całą noc, zaś rano stawić się na rozprawie z zapasem sił. Tu, na prowincji czas płynął wolniej, lecz zauważalnie. Śmierć i narodziny szły pod rękę tworząc nowe pokolenia. On należał do starej gwardii głupców, którzy próbują zaprzeczyć naturalnemu porządkowi rzeczy. Przecież mógł przysiąc, że ledwie wczoraj przystępował do egzaminów, chodził na schadzki z Emilią do ogrodu królewskiego, a wieczorem razem z przyjaciółmi odwiedzał miejskie tawerny. Ledwie wczoraj... opuścił stolicę z dożywotnim zakazem powrotu, z piętnem mordercy przed nienawiścią kobiety, z którą łączyło go prawdziwe uczucie i wspólne plany na przyszłość.     
     Ponure wspomnienia zaczęły go nawiedzać jak zwykle gdy czuł się zbyt zmęczony, by się przed nimi bronić. Nawet po tylu latach ciężko przeżywał pojedynek, w którym nagrodą była śmierć brata ukochanej, poniżenie w oczach protektora oraz wstyd i strach. Lecz Aaron nie bał się dalszego życia. Wierzył, że dana mu szansa, wyjazd na prowincję i ciężka praca pozwolą zadośćuczynić grzechom i błędom młodości. Nie bał się również śmierci. Ani tej w zapomnieniu, ani tej, która czasami droczyła się z nim, ściskając mocno serce niby dla zabawy, by po chwili odpuścić i pozostawić go sparaliżowanego bólem, lecz nadal oddychającego. Jeśli czegokolwiek Aaron bał się, to potępienia za nieodkupione winy, za grzechy i błędy z młodzieńczych lat.
     Przez lata, już na zesłaniu sen z powiek spędzało mu wspomnienie umierającego przyjaciela ilekroć miał sprawę gardłową na wokandzie. Starając się oceniać w miarę łagodnie czyny z uwagi na okoliczności czy kondycję przestępcy, dając szansę na poprawę, tym, którzy w jego ocenie na to zasługiwali, wierzył, że chroni życie, najcenniejszą z wartości. W ciągu wieloletniej kariery, tylko raz skazał oskarżonego na śmierć. Do dziś tego żałował. Przezwyciężył jednak rozgoryczenie i frustrację. Do czasu morderstwa dziecka, małej Angeliki.
     Aaron ponownie sięgnął po akta. Czytał nakreślone słowa, wiedząc, że zakończenie może być tylko jedno.
     Wyrok śmierci.
     Dlaczego się przed tym bronię? - zapytał się w duchu. Zmarszczył brwi. Majestaty nie obchodzi sumienie sędziego, usłyszał głos z przeszłości. Nagłym ruchem rzucił akta na biurko, odpychając się od niego, jakby broniąc przed dalszym brnięciem w sprawę. Przekroczył plamę słońca, która zawędrowała już na środek pokoju. Wyszedł na balkon. Podmuch wiatru zrzucił większość kartek na podłogę. Jedna z nich, niezapisana, a zatytułowana "Wyrok w imieniu Jego Królewskiej Mości..." wciąż leżała na krawędzi biurka. Niezdecydowana, lecz popychana ciągle wiatrem niby przeznaczeniem.
     Stojący na balkonie Aaron westchnął ciężko, opierając się o balustradę. Dachy jednopiętrowych budynków mieszkalnych, tych bogatych i tych biednych lśniły od rosy w porannym świetle. Dymy z kominów unosiły się wysoko, dalej niż wieża ratuszowa, jeszcze dalej niż najwyższy budynek - stara kaplica z jej milczącą dzwonnicą. Starał się chłonąć spokój miasteczka, które tętniło życiem wokół willi, gdzie mieszkał od prawie czterdziestu lat. Słuchał odgłosów codzienności. Wydawało mu się, że pod otoczką spokoju kryła się fioletowa warstwa strachu lub czerwona rzeka nienawiści, wzbierająca powoli i szturmująca celę wieży ratuszowej. Siedzący tam człowiek jest w ich opinii winny. Nie potrzebują do tego wyroku starego głupca, pomyślał z przekąsem. A jednak czekali cierpliwie. Początkowo przyjęli go przed laty nieufnie, dziś respektowali autorytet, który reprezentował. Nawet gdy ugasił pragnienie kilkunastu krewkich i pijanych mężczyzn i kobiet, którzy stanęli pod bramą ratuszową wraz z widłami, pałkami i pochodniami, domagając się krwi mordercy, nikt nie zakwestionował jego interwencji. Jeden z nich, karczmarz Olaf tłumaczył się interesem społecznym, lecz krew na ulicy nie leży w niczyim interesie. Posłuchali go, rozeszli się. I czekali.
     Spojrzał na swoje nadgryzione starością i artretyzmem dłonie mistrza szermierza, trzymające obecnie częściej pióro niż miecz. Dawniej nie drżały trzymając kawałek stali. Nie zadrżały nawet, gdy zabił. Dziś nie jest pewien czy utrzymałby stal, czy drżą od dogasającego w nim życia czy ze strachu. Mokra balustrada pieszczotliwie chłodziła długie palce i śródręcze na którym widniała pojedyncza, gładka blizna w kształcie krzyża. Mimo słonecznego poranka i ubranej marynarki, zadrżał na wspomnienie dnia, kiedy otrzymał tą ranę.
     W końcu podniósł wzrok.
     Za północną bramą miejską biegła droga zwana przez miejscowych drogą Donikąd. Kończyła się kilka mil dalej, wraz z początkiem gęstej Puszczy Niedźwiedziej, u podnóża Gór Mekkańskich. Zaśnieżone, osnute chmurami, całoroczne szczyty stanowiły piękny widok. Były to dzikie i nieokiełznane tereny, stanowiące naturalną granicę między tym, co cywilizowane, a tym co zagrażające człowiekowi.
     Właśnie od strony gór, po drodze Donikąd podążała samotna, wysoka postać, ubrana w czerń.
     W piękny i słoneczny dzień sędzia widział mimo swoich lat doskonale na wielkie odległości, teraz jednak nie był w stanie ocenić ani kim jest ten wędrowiec, ani czy jest uzbrojony, dlatego dla przezorności postanowił wysłać posłańca do straży miejskiej żeby zwrócili szczególną uwagę na postawnego samotnego wędrowca idącego od strony gór. Kończąc tę myśl, odwrócił się chcąc wejść do środka. Jednocześnie poczuł silny ból w klatce piersiowej, a całe lewe ramię stało się zimne i odrętwiałe. Upadł na kolana, podpierając się ręką by po chwili upaść na bok, wykrzywiając usta w grymasie niemego bólu. To koniec, pomyślał, zaciskając na piersi dłoń przypominającą szpony. Z kieszonki marynarki udało mu się wyjąć trzy pastylki, o których prawie zapomniał. Połknął je z trudem, czując jak ucisk w klatce piersiowej zanika, a czucie w ramieniu wraca. Leżał na balkonie jeszcze przez chwilę. Gdy wreszcie wstał, miał dreszcze od wiatru chłodzącego pot, który oblał całe jego ciało. Zataczając się, wszedł do środka.
     Padł na krzesło, które zaprotestowało ciężko skrzypiąc.
Siedział tak aż do momentu, gdy poczuł zapach gotowanego obiadu. Po chwili na schodach usłyszał kroki gosposi. Otarł czoło chustą i westchnął parę razy.

     Aaron bał się śmierci, lecz nie swojej. Z grymasem ogromnego bólu, na który nie było pastylek, sięgnął z wysiłkiem po niezapisaną kartkę, spadającą w tym momencie z biurka. Kiedy pisał, czynił to mechanicznie, z wprawą. Do drzwi zapukała gosposia, mówiąc, że obiad jest gotowy. Sędzie właśnie skończył, kiedy zdał sobie sprawę, że w tej sprawie wszystko świadczy przeciw mordercy, lecz całość nie nie daje mu spokoju. Wychodząc z willi w stronę ratusza, niosąc w teczce akta, nie wiedział co nim kieruje, jednak musiał porozmawiać najpierw z człowiekiem oskarżonym o straszliwą zbrodnię. Oby tym razem był rozmowny.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Zadzwoń, proszę.

Weronika wpatrywała się w telefon z mieszanymi uczuciami. Wiedziała, że odbierze, jeśli zadzwoni. Nie chciała jednak sama dzwonić. W wieku prawie trzydziestu, głównie spędzanych samotnie lat, wiedziała, że godność jest elastycznym pojęciem i idzie pod rękę z lekko znerwicowaną desperacją na ustępstwa.
Czekała na telefon od momentu, gdy rano otworzyła niewyspane oczy, a podczas śniadania trzymała urządzenie blisko, choć ustawiła dzwonek na maksymalnym poziomie. Nie mogąc przełknąć nic więcej, w końcu wstawiła miskę z owsianką do zlewu. Podeszła do komody po nową koszulkę, w szafie znalazła parę świeżych skarpet, po krótkim zastanowieniu z kosza na brudy wybrała bluzę i spodnie dresowe, już nie tak świeże. Podczas ubierania się, przekładała telefon z ręki do ręki. Wszystko jest w porządku, zapewniała się w myślach, czując przewiew w dziurze pod pachą. Przynajmniej skarpetki i majtki są nowe.
Siadając na kanapie, podwinęła nogi, próbując nie patrzeć na wyświetlacz, co było trudne z racji braku innego przedmiotu zainteresowania. Porozrzucanie wszędzie plastikowe sztućce i kubki, których używała od tygodnia leżały na stole i pod nim. Część była uwalana zaschniętym jedzeniem.
Jeszcze chwilę wcześniej na kanapie walała się sterta ubrań oraz sterta czasopism i książek. Obie sterty rosły razem od jakiegoś czasu, wymieszane, zanim dzisiejszego poranka usiadła między nimi, najpierw próbując niedbale rozdzielić je, zrzucając częściowo na ziemię wszystkiego po trochu.
Telewizor milczał. Nie miała ochoty na programy o szczęśliwych rodzinach, talentach czy sportowych ogłoszeń. Chciała, żeby zadzwonił. Minął dopiero tydzień. Przecież rozmawiało im się tak dobrze, a przecież seks… seks był boski!
Nic nie zapowiadało tego, że pozna na imprezie urodzinowej koleżanki przystojnego bruneta, z mocno zarysowaną szczęką i szerokim torsem, w który tuliła się znacznie później, gdy wreszcie opadła bez sił i z urywanym oddechem.        
Podszedł do niej i skomplementował kolczyki, które dostała od matki na osiemnaste urodziny. Początkowo nieśmiała, wraz z kolejnymi drinkami rósł animusz, a wraz z nim zainteresowanie nieznajomym facetem, który wybrał ją na towarzyszkę, odrzucając w ten sposób inne piękne kobiety obecne w mieszkaniu.
Resztę wieczoru pamiętała jak przez mgłę. Od momentu, gdy znaleźli się u niego z kolei pamiętała każdy szczegół. Każde miejsce na jej ciele, które całował zakwitało rozkoszą. Miejsca, których nie całował nikt wcześniej z taką stanowczością i pewnością. Odnalazł ją w niej i zmienił po raz pierwszy w sypialni w kogoś innego. Zatonęła w tej przemianie.
Kilka chwil później, leżąc spokojnie, dotykał czule jej włosy, całując piersi i szyję, muskając usta.
Milczał, ciągle milczał, choć wcześniej tego samego wieczoru mówił, a raczej słuchał tego, co ona mówiła, wtrącając jakże trafne spostrzeżenia, jak gdyby znał ją całe życie lub spojrzał w głąb niej, pod krótką czerwoną sukienkę, pod czarną koronkową bieliznę, w głąb serca.
W jego łóżku, naga i spełniona, nie myśląc o bieliźnie ani sukience, które ściągnął z niej w salonie, słuchała jak ich serca biją w nadal gorącej ciszy. Sprawdzając ukradkiem czy śpi, widziała jego niesamowite brązowe oczy, nadal błyszczące od pasji z jaką się kochał, wpatrzone w nią lub przez nią. Zadrżała. On, myśląc, że pewnie z zimna, nakrył ich oboje kołdrą. Powoli odpłynęła, otoczona męskimi ramionami i ciepłem. Zasnęła szczęśliwa, z nadzieją na więcej.
Rano zjedli razem śniadanie. Zapytał jak się jej spało. Z lekkim kacem, z jeszcze lżejszym sercem odparła nieśmiało, że cudownie.
- Ładnie się rumienisz. – Zauważył czerwień, która spłynęła z jej policzków na szyję i między piersi, lekko odsłonięte w szlafroku. Ona czuła gorąco tych rumieńców i gorąco znacznie niżej, w głębi siebie. Nie zdobyła się jednak na to, żeby zaciągnąć go do łóżka. Zamiast tego wzięła prysznic. Zerkała na drzwi od łazienki, które pozostały lekko uchylone, tak jak je zostawiła.
Sukienkę i bieliznę znalazła na kanapie, złożone. Na stoliku obok kanapy leżał liścik: „Musiałem pilnie wyjść. Zostaw drzwi otwarte. Wrócę późno.”
Nie wiedząc, co zrobić, czy zostać, czy wyjść, w końcu dopisała do liściku swój numer komórki i wyszła.
Wracając do domu taksówką, zastanawiała się jak miał na imię mężczyzna, który pozbawił ją dziewictwa.[…]

piątek, 13 listopada 2015

Wiosna Scarecrow (fragm.)





Kiedy zobaczyła go po raz pierwszy, był tylko chłopcem w za dużym granatowym mundurze. Oficerem cofniętym z pierwszej linii. Tyle usłyszała od informatorów. I jeszcze to, że przeżył jako jedyny z oddziału.
 Zdawał się jej nie widzieć, tylko wpatrywać swoimi pięknymi, zbyt smutnymi oczami w pustkę przed sobą. To jeszcze dziecko, pomyślała, ale otaczająca go aura wyrażała znajomość doświadczeń zbyt tragicznych, by pozostać nietkniętym przez dorosłość . Rozpoznała ból po utracie bliskiej osoby, gdy jej własny był jeszcze świeży.
Stillness Speaks Hommage to Dalì Great Bronze Sculpture/ Mask:
Marco Cingolani: Stał w mroku namiotu, z dala od światła, jakby go unikał, jednak zauważyła jeszcze parę szczegółów, jak zaciśnięte w cienką linię usta i zmarszczone brwi. Hardość i niezłomność… lub złamany duch, a mimika podkreśla stan powstrzymywania łez, lub co gorsze – tlącą się nienawiść nie tylko do wrogów, ale do wszystkich i wszystkiego.


Świata nie uratuje nienawiść, przywołała słowa swojego mistrza.
Przede wszystkim musiała jednak załatwić inne obowiązki. Podeszła do stołu, przy którym stał pochylony nad mapami generał. Wcześniej nie zwrócił na nią uwagi, teraz stanął przed nią wyprostowany i kiwnął głową na powitanie. Najwyraźniej nie wiedział jak witać cywili. Znał tylko wojnę, zaś otaczali go zwykle tylko żołnierze. W takim przyszło żyć świecie. Przekazała mu wiadomość z dowództwa i listy rodzin. Taktownie zapytał o jej podróż, ona zdawkowo odpowiedziała, czego tamten zdaje się oczekiwał, po chwili żegnając ją i życząc miłej nocy. Wrócił do swoich map, a Seszel podeszła do chłopca. Wtedy wreszcie spojrzał na nią. Jakby czekał, czegoś oczekiwał od niej, co było niemożliwe, ponieważ nigdy wcześniej się nie poznali. Wiedziała, że ma na imię Sebastian i że odegra decydującą rolę w nadchodzących wydarzeniach. Tego jednak mu nie powie. Póki co musi widzieć, czy jego duch jest złamany.
Ból po stracie bliskich czasami prowadzi do tęsknoty za śmiercią. Nie mogła pozwolić na to, by ta tragiczna wojna zabrała również ich ostatnią nadzieję. Nadzieję, której jej czasami brakowało, a o której tyle mówił jej mistrz.
Chłopiec ocalał, stała teraz przed nim. Nadzieja. Świat ma szansę. Muszę w to tylko uwierzyć, zbeształa się w myślach za wątpliwości.
Sculpture | Scratching surfaces » sculpture: Niestety, spojrzenie którym ją obdarował było dalekie od napawającego nadzieją. Otuchę znalazła w naukach swojego mistrza, przywołanych bez kłopotu. Dobre wspomnienia zalały ją i w ciągu chwili była gotowa potrząsnąć Sebastianem, próbować ocalić w ten sposób - przed strachem, depresją i pragnieniem śmierci. Nie mogła jednak tego zrobić. Uspokoiła się z trudem. Wewnętrznie zapewniła siebie o sensie i wielkim powodzeniu misji, którą wypełnia. Przywołała wreszcie uśmiech, mówiąc:
- Witaj, Sebastianie. Zajmę tobie tylko chwilę – rozejrzała się. Nikt ich nie podsłuchiwał. - Chcę, żebyś mnie uważnie wysłuchał.  To bardzo ważne. Chodzi o zakończenie wojny. – skrzywiła się, mimowolnie kierując spojrzenie ponad jego ramię. Mogło pójść lepiej, przygryzła dolną wargę jak czyniła od maleńkości, gdy wstydziła się czegoś. Pierwsze słowa, a wypadły nieudolnie. Jak słowa dziecka, które mówi i zachowuje się jakby wszystko miało równie wielkie znaczenie. Jak pozbyć się z ust słów o odwadze, najwyższej stawce i poświeceniu, gdy głowę wypełnia poczucie misji? Nie ważne. Po prostu mów, pomyślała. Skup się na tym, co wiesz. Starała się zwracać uwagę jak reagował na to co mówiła.
Celowo wspomniała jego imię, choć nie zostali sobie przedstawieni. Wyraźnie go to zainteresowało, lecz tylko przez chwilę. Potem wróciła chłodna wrogość i dystans. Ale czy na pewno tym były zmarszczone brwi, zaciśnięte usta i tnące spojrzenie? Czy może pomaga tonącemu w depresji?
 Seszela chce przywołać jego świadomość, określić kim jest i w ten sposób zastąpić żal i beznadzieję... nadzieją. Poczuciem misji. Właśnie tak postąpiłby jej mistrz.
Gdy ich spojrzenia ponownie się skrzyżowały, stwierdziła, że pierwsze słowa odniosły skąpy efekt, ale odrobina zainteresowania, jakim ją obdarzył dawała szansę, której nie chciała zmarnować. Przestał patrzeć przez nią. Już nie spoglądał na świat na wskroś jakby przestał istnieć. Jakby przestał się liczyć.
Lekko przekrzywił głowę, obarczając ją przejmującym uczuciem osamotnienia, z którym najwyraźniej się mierzył, odkąd śmierć zabrała wszystko co było mu najdroższe. Zamiast pozwolić sobie na rozczulenie, podjęła konsekwentnie, ze szczerością:
                 - Przybywam ze Szkoły Ścieżki. Jestem od wielu lat w drodze. Spotkały mnie niezliczone przygody i niebezpieczeństwa… utraciłam kogoś bardzo mi bliskiego w przeddzień przyjazdu do tego obozu. Mojego mentora i mistrza. – zawiesiła głos, czując wzbierające łzy. Przetarła oczy wierzchem oczy, nie mogąc się opanować do końca. Była zmęczona, a wspomnienie o mistrzu, o człowieku, który poświęcił życie jednej misji, wychowując przy tym rozwydrzoną i głupią nastolatkę, nie tracąc nigdy hartu ducha sforsowało bariery opanowania. Nie mogła przestać myśleć, że mistrz Kalahan nie dożył do tego decydującego momentu. Pomyślała, że nie jest gotowa, że zawiedzie przy pierwszej rozmowie. Przepraszam, Mistrzu…
Poczuła dotyk szorstkiej skóry na swoim policzku:
                - Już dobrze – powiedział Sebastian, wycierając delikatnie samotną, ciężką łzę. Po chwili zabrał dłoń, na powrót przybierając wycofaną postawę.
Wtedy właśnie uświadomiła sobie, że nigdy nie będzie gotowa, tak jak ten chłopiec nie był gotowy, by utracić cały swój oddział i żyć dalej z taką świadomością. Życie będzie stawiało coraz większe i cięższe próby przed nimi. Była tego pewna. Westchnęła. Muszą po prostu walczyć. Położyła rękę na ramieniu Sebastiana. Wzdrygnął się wyraźnie, lecz nie cofnął nawet o krok, dlatego już spokojniej mówiła dalej:
-  Mam na imię Seszel, ale przyjaciele mówią mi Szelka – uśmiechnęła się lekko – Mój mistrz, jedyna osoba, która była mi bliska, zmarł wczoraj. Misją jego życia było zakończyć wojnę ze Zwierciadłem – Słuchał jej uważnie. Wspomnienie o śmierci nadało jego źrenicom jeszcze ciemniejszy kolor. Jego ból może nigdy nie znaleźć ukojenia. Ta myśl przejęła ją grozą. Ścisnęła jego ramię, jakby chcąc żeby się otrząsnął. I rzeczywiście, teraz spojrzał na nią z nagle odzyskaną twardością we wzroku, co do której Seszel nabrała pewności, że zespoliła wszystkie inne uczucia w tym chłopcu w jednym punkcie – na dalszej walce. Dobrze, pomyślała. Wrogów będzie dość na polach nadchodzących bitew, nie powinno się ich mnożyć wewnątrz naszych serc i głów, dodała w myślach. – Chcę, żebyś do mnie dołączył w mojej dalszej wędrówce.  Możliwe, że…
- Zgadzam się. – przerwał jej. Wyczuła, że drżał, zdjęła więc dłoń z jego ramienia. Była przygotowana na długie przekonywanie, wysuwanie argumentów, częściowo tylko szczerych, ponieważ niektóre prawdy muszą pozostać ukryte. Przynajmniej na razie.
Początkowo widząc Sebastiana, uznała, że jest na krawędzi, być może złamany wydarzeniami ostatnich miesięcy. Okazuje się jednak, że Przywołanie, słowa proroctwa, które dały początki misji jej mistrza, mogły być bardzo bliskie temu co widzi w Sebastianie: „Źrebię, choć we krwi wrogów i przyjaciół skąpane, niezłomne pozostanie, poprowadzi światłość…”. Coś nie dawało jej spokoju, dlatego zapytała:
- Szukasz śmierci? – Bojąc się odpowiedzi, spoglądała na niego z lekkim dystansem. Próbowała ocenić na chłodno całą sytuację, co było trudne, bowiem zmęczenie trudami podróży i śmierć, która przyszła nagle, zbierały swoje żniwo z każdą kolejną chwilą. Pytanie to w istocie mogło być testem, jednym z wielu testów umysły, ciała i woli, jakim musi go poddać, jeśli wyruszą razem. Odpowiedź Sebastiana zaskoczyła ją:
- Miałem w nocy sen. Widziałem siebie, idącego przez wydmy z popiołów. Wszyscy odeszli, zginęli, wiatr zmieszał ich pozostałości i pozostałości ich dzieł z popiłem całego świata. Każdy mój krok zapadał się po kolana, a mimo to parłem przed siebie – Zadrżał wyraźnie. Gdy nie powiedział nic więcej, zapytała ostrożnie:
- Jak skończył się ten sen?
- Nie wiem. Zanim się obudziłem, cały czas tylko szedłem. Teraz nie jestem pewien dokąd podążałem, dlaczego i co mną kierowało. Zresztą, kierunek wydawał się bez znaczenia, wszędzie widziałem pustkowie. Nawet niebo… choć słabo je pamiętam…było zupełnie zasnute czarnymi chmurami. Horyzont był grubą, czerwoną linią oddzielającą niebo i ziemię. Co to może znaczyć?
- Nie jestem pewna. – powiedziała, choć wiedziała doskonale, co to mogło oznaczać. Ta wizja prześladowała również mistrza Kalahana.


poniedziałek, 17 listopada 2014

Kalopsia

„Is it wonderful? 

Far, far from shore 
Land of the nightmares 
Gone forever more 
And love you more
That I can control 
I don't even try
Why would I? ”

Queens of the Stone Age – Kalopsia

Miasto

Przedzierał się ulicami, między milczącymi przechodniami jak tonący w nocnym morzu. Ciężko oddychał, a atmosfera potęgującej się grozy mroziła mu krew w żyłach, przez co ledwo stawiał kroki. Zatrzymał się i rozejrzał. Szczupłe, wysokie sylwetki przypominały figury lub manekiny. Były ich setki na tej jednej tylko ulicy, choć odkąd trafił do Miasta, miał do czynienia tylko z kilkoma. Nie wiedziałem, pomyślał mężczyzna. Nie mogłem wiedzieć, dodał w duchu, przełykając gulę w ściśniętym ze strachu gardle. Ruszył przed siebie. Mapę zostawił w zaułku, tak samo broń i latarkę. Nie potrzebował już celu, nie potrafił się dłużej bronić, a ciemność przestała mu przeszkadzać. Śledziły go spojrzeniach pełne euforii, ale równocześnie zimniejsze od gwiazd górujących na niebie. Zwracały się ku niemu ponure, rozszerzone źrenice, wokół których błyszczały czerwonozłote obwódki tęczówek. Był zmęczony, ale nadal się bał tych istot. Stały tylko pozornie nieruchomo, zachowały bowiem zdolność do ruchu. Widział przecież jak potrafiły zastygać, by następnie szybko dopaść i rozszarpać ofiarę zanim ta zdąży choćby mrugnąć. Teraz nic nie stało na przeszkodzie by i z nim to uczyniły. Przeciwnie, bawiły się nim od tygodni, wodząc na manowce w groteskowych grach o przeżycie, zanim wreszcie przestał się ukrywać i wyszedł na ulicę, godząc się na przegraną. Szedł, a cienioludzie stali wokoło, tłocząc w oczekiwaniu się na coś, co ma nastąpić. Stali, ponieważ chcieli stać i patrzeć, gdy szedł niepewnie wśród nich, niepewny coraz bardziej czy na pewno godził się tylko na śmierć... To jest nasze Miasto, jesteśmy Miastem, obejmij nas... słyszał te szepty, ale były one głosami w jego głowie, ponieważ nie było ust innych, niż jego własne. W końcu sam zaczął je cicho powtarzać. Mamrocząc, szedł dalej. Twarze postaci nie były maskami, a gdy zbyt długo się w nie wpatrywał, pojawiały się koszmary, dlatego odwracał wzrok. Nie tylko widział, ale czuł ich obecność, gdy drżały mu ręce, wycierające pot z czoła, mimo chłodnej nocy. Obecność od której ciało ani duch nie mogły dłużej uciekać. Karmili się jego strachem, gdy idąc przed siebie, w tym obcym Mieście musiał się o nich ocierać, przeciskając, choć starał się tego nie robić z całych sił! Dotarłszy do placu, zachłysnął się z przerażenia. Górujące wokoło latarnie, oświetlały rzekę stojących cienioludzi. Opadł na kolana i pozwolił, by wreszcie zwyciężyły. Zanim to się jednak stało, zanim ulice znowu stały się puste, krzyk mężczyzny trwał bardzo długo.

***
- Niniejszym, skazujemy Was na powrót do Miasta, niech Pan Słońca zmiłuje się nad Waszymi sercami. - Stojący przed obdartymi więźniami urzędnik stuknął okutą w żelazo laską w skaliste podłoże i odszedł na pobocze drogi, robiąc miejsce. Potężne łańcuchy napięły się, gdy obsługujący kołowroty niewolnicy rozpoczęli pracę. Strażnicy pchnęli grupkę mizernie wyglądających mężczyzn i kobiet ku otwierającej się bramie. Wylewająca się z Miasta mleczna mgła, mimo słonecznej pogody na zewnątrz miasta dotarła do stóp więźniów i strażników. Urzędnik pospiesznie oddalił się od skrzydeł bramy. Kiedy otworzyły się dość szeroko, żeby mogło się między nimi przecisnąć dwóch idących obok siebie ludzi, nakazał gestem poprowadzenie skazańców ku powstałej szczelinie. Kilku oczywiście krzyknęło, próbując zawrócić, ale wymierzone w nich kusze i karabiny zrobiły swoje. Gdy wreszcie zniknęli za bramą, kołowroty puściły łańcuchy, a skrzydła zatrzasnęły się same z hukiem jak usta giganta po połknięciu posiłku. 
Nigdy się o tym nie mówiło, ale otwieranie bramy było możliwe tylko w czasie słonecznego dnia, a mimo to, zza bramy oprócz mgły wydobywały się cienie nocnego nieba. Niektórzy strażnicy potem mawiali, że w mroku za bramą było widać twarze osób, które nigdy stamtąd nie wyszły. Inni twierdzili, że to nie były ludzkie twarze, a obracające się czerwonozłote obręcze. Mury otaczające Miasto od zawsze były niezdobyte, rozległe aż po sam horyzont. 
Jedyna znana brama, otwierała się ciężko, powiada się, że ciężej niż kiedyś, choć nie wiadomo czy to prawda. Dziś wprawdzie używa się do tego kołowrotów, a historyczne pisma nie wspominały by miało to miejsce w przeszłości.
Legendy mówią, że są za nią ukryte skarby dawno zaginionego królestwa, ale równocześnie wielkie niebezpieczeństwa.
Idealne miejsce na zsyłkę lub na karę śmierci.

                                                                               ***

niedziela, 2 listopada 2014

W drodze


Far beyond the desert road
Where everything ends up
So good the empty space
Mental erase, forgive, forgot
My god is the Sun,
Queens of the Stone Age


Marek siedział za kierownicą już od kilku godzin. Przyzwyczajony do polskich dróg, był zafascynowany wrażeniem nieskończoności amerykańskiej autostrady, którą jechał sam, wypożyczonym fordem. Czuł się naprawdę dobrze, lepiej niż przez parę ostatnich lat, pracując w Polsce. Znikający punkt na horyzoncie działał relaksująco, o wiele lepiej niż drogi pełne zakrętów, skrzyżowań, do których często porównywał swoje życie. Dziś wszystko, stwierdził w duchu, jest proste – właściwe, na swoim miejscu. Uśmiechnął się szeroko. O tak, wreszcie chwila spokoju, pomyślał, rezygnując z zastanawiania się nad kłopotami w domu czy w pracy. Nagły błysk odbitego od maski światła słonecznego wyrwał go z zamyślenia. Oślepiony tym blaskiem zamknął instynktownie oczy. Spanikował, gdy ręce straciły kontakt z kierownicą. Krzyknął. Ktoś wołał do niego:
- Tato! - głos córki wyrwał go ze snu. Lekko uchylił powieki, bojąc się blasku słońca. Wokoło jednak panowały niepodzielnie ciemności. No tak, pomyślał, to był tylko sen. Leżąc na ziemi, zadrżał od przygruntowego chłodu – Tato, mama... - Córka wydawała się wystraszona, ale czemu miałoby to być dziwne. Sytuacja nie wygląda za ciekawie.
- Już kochanie. - powiedział, siadając. Od nagłego bólu głowy poczuł mdłości.
- Obiecałeś... - oczywiście mała miała pretensję. Sama pewnie nie zmrużyła oka, stwierdził patrząc w kierunku skąd dochodził głos. Niczego nie widział, ale wyobrażał sobie jak drży w ciemności, szeroko otwierając oczy. Taki sam tchórz, jak jej matka, pokręcił głową z dezaprobatą.
- Musiałem się zdrzemnąć, kochanie. - Czemu musi się tłumaczyć, do cholery. Człowiek nie ma chwili spokoju. Przecież wie, że mają kłopoty. Diabli nadali to wszystko, pomyślał, gdy tępy ból w skroniach zaczął powoli ustępować. Przytknął nasadę ręki do nosa i poczuł wilgoć. Momentalnie wystraszył się, że to krew. Przytknął koniuszek języka do ręki. Krew. Jasna cholera. Nie miał nic przeciwko krwi, ale sam nienawidził krwawić. To nic, próbował się uspokoić. Wziął parę wdechów.
- Tato, mama nic nie mówi. - Głupia smarkula, czemu nie da mu chwili spokoju, pomyślał, jednocześnie jednak mówiąc:
- Już dobrze. Spokojnie, kruszynko. Pewnie też zasnęła. Była przecież zmęczona. Wszyscy jesteśmy zmęczeni...
- ...ale obiecaliście! - piskliwy głos zabrzmiał w ciemności z takim wyrzutem, że chciał podejść i zdzielić małą histeryczkę. Westchnął i wzruszył ramionami. Nawet jeśli chciał, łańcuch
przypięty do kostki mu nie pozwoli.
- Wiem, uspokój się. - powiedział ostro. Mała zapłakała. No i dupa, pokręcił głową ostrożnie, żeby uniknąć dodatkowego bólu głowy. - Proszę, uspokój się. Wiem, że się boisz. Wszystko będzie dobrze. - Daria! Hej, Daria! - zawołał w stronę, skąd wcześniej słyszał swoją żonę. Nic. Poruszał łańcuchem, uderzając w drewnianą podłogę. Huk chyba dotarł do kobiety, bo jęknęła. - Żyjesz tam jeszcze, kobieto! Odezwij się do cholery. Mała się boi. Powiedz coś wreszcie!- krzyknął, ponownie uderzając łańcuchem.
- Tak.- dodała coś jeszcze, ale wyszło z tego mamrotanie. Córka nadal pochlipywała, zaś żona chyba do reszty powariowała. Widocznie trzy wizyty u psychologa na miesiąc to za mało, żeby pozbyć się tchórzostwa i nabrać charakteru. Przeklął w duchu wyrzucone w błoto pieniądze. Czuł jak na skroni pulsuje mu żyła, znak dla jego rodziny, że żarty się kończą. Tyle, że one tego nie widzą, pomyślał. Ból w głównie ponownie przybrał na sile. Już chciał krzyknąć, ale widocznie Daria się ocknęła.
- Spokojnie, Kasiu. Mama tu jest. - Dziewczynka nadal cicho łkała. W tej durnej ciemności, Marek mógł sobie tylko wyobrazić jak w trójkę leżą na ziemi, nie wiadomo gdzie i po co, przykuci łańcuchami. On, żona wariatka i głupie dziecko. Koń by się uśmiał, tak skwitowałby to jego ojciec, stary pijak, niech płomienie oświetlają jego duszę w piekle, pomyślał nie bez satysfakcji.
-Wreszcie - powiedział Marek. - Jak się masz? - choć starał się, nawet dla niego zabrakło w tym pytaniu śladów troski. - Pogadaj z Kasią. Boli mnie głowa.
- Już dobrze, maleńka. Tatuś nie jest zły.
- Na cholerę mnie w to mieszasz! - wrzasnął – Mała płacze, bo poszłaś spać, zamiast się nią zająć! - dodał, na co, w odpowiedzi, usłyszał coś dziwnego. Śmiech. Czy ona się śmieje, zapytał się w myślach? Zupełnie ją popieprzyło, ale nie powiedział tego głośno. Pora wziąć się w garść. Splunął za siebie. W ustach poczuł smak krwi. Ze strachem dotknął językiem podniebienia. Wszystkie zęby na miejscu, brak ran. Skąd ta krew, do cholery!
- Przepraszam, Marku. Kasiu, proszę, uspokój się. Wszystko się ułoży. Zamknij oczy, prześpij się. Dobrze, kochanie? Wiem, że jest strasznie. I zimno, ale to minie. Prześpij się.
- Dobrze, mamo... – powiedziała Kasia. Zanim dziewczynka skończyła mówić, z góry nagle strzelił ku ziemi snop oślepiającego światła. Cała trójka krzyknęła.